"Miała być rewia, co prawda kieszonkowa, ale zawsze!
Miały być konie i to różowe! A przede
wszystkim miał być ubaw po pachy. I był.
Aldonę Jankowską pamiętamy przede wszystkim z telewizji. Od kilku lat
zastępuje nam a to Danutę Hojarską, a to Zytę Gilowską, Annę
Fotygę czy
Supernianię. Na scenie czuje sie jak ryba w wodzie. Przywdziewa obcisłą
kiecke albo urzędniczy mundur czy panterkę, nie mówiac już o
gustownym pantofelku... na głowie i zaczyna rozmowę z publicznościa,
która jakże żywo reaguje na zaczepki (sama zaczęłam być
czujna,
bo może i ze mną Jankowska zacznie eksperymentować). Występ jest
wzorowany na stand-up comedy przygotowywanych przez komików
amerykańskich. Wymaga od aktora niezwykłej sprawności, a z drugiej
strony umiejętności improwizacji i bezpośredniego kontaktu z widzem.
Lubimy jak ktoś z nami - publicznością - rozmawia, bo możemy
współtworzyć show. A najbardziej nam się podoba, że możemy
się
spokojnie i z dystansem pośmiać z samych siebie. No więc zaśmiewamy się
z weselnych podrygów, ciotek klotek, a nawet z
pogrzebów.
Ale tylko po to, by w finale przekonać się, że tak naprawdę ważna jest
miłość.
Pełna sala, dostawiane krzesła, na koniec kilka bisowych
ukłonów. A zatem krakowska publiczność takie występy lubi i
docenia. A jak się ją dopieści jakimś typowo krakowskim
żarcikiem,
dotyczącym na przykład oscypków na Kleparzu - to już jest
cud,
miód."